Wesele i  ślub - Portal weselny - Porady, ciekawostki, baza firm.
21 października 2017, Bernarda, Celiny, Elżbiety
STRONA GŁÓWNA REKLAMA REGULAMIN PRACA KONTAKT PARTNERZY NEWSLETTER
ARTYKUŁY
moda ślubna
wydarzenia
prasa ślubna
formalności
obyczaje
organizacja wesela
koszty ślubu
wieczór kawalerski
wieczór panieński
podróż poślubna
księga imion
ciekawostki
kulinarnie
zabawy weselne
sondaże

BAZA FIRM
suknie ślubne
akcesoria ślubne
bielizna ślubna
catering
cukiernie
dekoracje weselne
fotografia
garnitury
jubilerzy; biżuteria
konsultanci ślubni
kwiaciarnie
limuzyny
noclegi
obuwie ślubne
oprawa muzyczna
podróż poślubna
prezenty ślubne
przewóz gości
restauracje
salony fryzjerskie
salony kosmetyczne
szkoły tańca
trunki i napoje
videofilmowanie
zaproszenia
USC

GALERIE śLUBNE
Suknie ślubne
Garnitury
Bielizna
Limuzyny
Biżuteria
Fotografia ślubna
Bukiety ślubne

OGŁOSZENIA
sprzedam
kupię
dam zamienię

Czy można znaleźć męża przez internet?

Aż jedenaście milionów Polaków wchodzi do internetu. Chcą sprawdzić, co nowego w świecie, poszukać ważnych informacji do nauki czy pracy, wreszcie - spotkać bratnią duszę. Połowa chciałaby trafić na przyjaciela, co czwarty - znaleźć partnera na kilka dni, miesięcy czy lat, co dziesiąty - odszukać swoją druga połówkę.


  Czy wyobrażałaś sobie kiedykolwiek, że gdzieś, na świecie jest ktoś, kto czeka właśnie na ciebie? Kto idealnie do ciebie pasuje? Internet daje poczucie, że można znaleźć właśnie tego kogoś. Ale czy rzeczywiście sieć zbliża, czy może oddala? Czy można się zakochać w kimś, kogo znamy tylko z maili? A co potem? Jak przenieść to zauroczenie do realnego życia? Spróbowaliśmy znaleźć odpowiedź na to pytanie. Nasza dziennikarka na własnej skórze przetestowała, jak to jest, gdy szuka się mężczyzny w internecie. Zanurzyła się w wirtualny świat, żeby sprawdzić, co się czuje, szukając za pomocą komputera swojej drugiej połowy. No dobra. Wchodzę w to. Loguję się na najpopularniejszym polskim portalu randkowym. Najpierw muszę wymyślić sobie nick. Coś, co zastąpi imię i nazwisko. Wybieram kompilację liter i cyfr. Żeby dodać sobie tajemniczości - z cyfr 007. Wkrótce się przekonam, że nie jestem zbyt oryginalna. Teraz muszę wypełnić ankietę. Odpowiedzieć na serię pytań: miasto, budowa ciała, kolor oczu, włosów, wykształcenie, wyznanie, stosunek do papierosów, alkoholu, stan cywilny. Chcę mieć dzieci, czy nie? Czego szukam: przyjaźni, miłości, seksu czy przygód. Wybieram opcję: przyjaźń i miłość. Ale to dopiero początek łamigłówki. Teraz muszę jeszcze napisać coś o sobie. Hm... Szybki surfing po stronach kobiet. Co też wymyśliły moje konkurentki? "Jestem promykiem radosnego słońca" - pisze 38-latka z Łodzi. 40-latka z Trójmiasta z kolei jest jak "masala, mieszanka indyjskich przypraw. Łagodna jak słodka papryka, delikatna jak gałka muszkatołowa, zaskakująca jak korzeń indyjski, zmysłowa jak korzeń imbiru...". Jestem pod wrażeniem. Czyżbym znalazła się na portalu niezrealizowanych poetów? Poza tym prawie wszystkie kobiety są szalone, optymistyczne, pełne życia. W zdecydowanej mniejszości te, które określają siebie jako normalne. Wśród mężczyzn sami sportowcy. Golf, tenis, nurkowanie, windsurfing, narty, góry. W geście rozpaczy piszę, że lubię literaturę, muzykę i kino. Nic innego mi do głowy nie przychodzi.



Zaczynam przebierać. Od razu postanawiam - nie dam się nikomu uwodzić. To ja będę wybierać, ja będę pisać pierwsza i inicjować znajomości. Jest południe. Czwartek. Parzę sobie pierwszą kawę, rozsiadam się wygodnie przed laptopem i zaczynam wirtualne łowy. W wyszukiwarce wstukuję "mężczyzna w wieku...", niech będzie zbliżonym do mojego " od 34 do 44 lat". Miasto: "Warszawa". Przecież na randkę muszę umówić się jak najszybciej.
Wyskakuje mi kilkaset zdjęć. No, całkiem nieźle. Wszyscy pod ręką, wszyscy dostępni za jednym kliknięciem! Nic, tylko brać. Przeczesuję zdjęcia. Miga mi jakiś nagi muskularny tors i ręce w tatuażach. Ktoś przy sterze luksusowego jachtu, na moście w Gdańsku, na górskim szlaku, jest nawet jakiś zwariowany gość z gitarą. Wybieram takich, którzy napisali o sobie najskromniej. Zaczynam delikatnie, od wysłania oczek. Mrugam oczkiem do tajemniczego mężczyzny, który podpisuje się nickiem Fly2. W krótkich spodenkach i czapce z daszkiem biegnie po plaży. Zdjęcie jest tak rozmazane, że nie sposób domyślić się, jak wygląda, ale pisze, że ma 190 cm wzrostu. Lat ma tyle, co ja (37). Kawaler - wolałabym, żeby był rozwiedziony. Kawaler pod czterdziestkę budzi mój niepokój. O sobie pisze, że "w swojej skromności jest czarujący. Fascynację sportami ekstremalnymi realizuje w obsesyjnym wypełnianiu formularzy PIT. Pozna kogoś do wyjścia tu i tam oraz oglądania seriali w telewizji publicznej!". Kogoś, kto potrafi spojrzeć na siebie z przymrużeniem oka.

Kolejny gość. 34 lata. W ciemnych okularach  stoi na tle płotu. Ma bardzo obiecujący nick - I want You. Bezdzietny kawaler. Włosy jasne, miedziane. Tenis, basen, narty, sauna, kino i muzyka. Klasyfikuję go z miejsca jako fana U2, bo w swoim opisie przywołał tytuł ich płyty: "Achtung Baby". OK, U2 może być. No i znowu, szuka mnie - kobiety spontanicznej. Jedno kliknięcie - oczko wędruje do niego po sieci. Trzeci zaciekawia mnie już samym nickiem - Czeskie kamaszki. Lat 39. Siedzi na motorze na tle jakichś tajemniczych gór. Rozwiedziony. Z dziećmi. Szuka kobiety z biegłą znajomością angielskiego humoru. Oczko zostaje wysłane. Wysyłam jeszcze kilka oczek. Im dalej w las, tym jestem bardziej zmęczona, więc wysyłam już trochę bezładnie. Na koniec klikam przez czysty przypadek na jakiegoś żonatego bez zdjęcia, co "lubi pić wino, gadać i tańczyć do białego rana". A szuka kochanki. Punkt czternasta. Piję drugą kawę i zaczynam zbierać owoce swojej pracy. Pierwsza odpowiedź. Od żonatego: "Witaj Rusałko Bosonoga". O Jezu, to ja! W przypływie weny twórczej napisałam, że lubię biegać boso po trawie. "Raczyłaś zwrócić na mnie, gnoma, uwagę... Czyżbyś zastanawiała się, czy można mnie wziąć na służbę? Jaką rolę chciałabyś mi przydzielić? Kim jesteś Pani?". List zostawiam bez odpowiedzi. Nie napiszę przecież, że kliknęłam przez roztrzepanie. Koło szesnastej, siedemnastej robi się naprawdę gorąco. Nie odchodzę ani na chwilę od komputera. Fly2, 37-latek nie bawi się w żadne ceregiele. Mail ma tylko trzy słowa: "Cafe czy lunch?". "Cafe" - odpisuję, żeby podtrzymać konwersację, choć nie wiem, czy mu chodzi o kawiarenkę internetową, czy też o kawę prawdziwą. Pan od "Achtung Baby" nazywa mnie koleżanką miłą, sugeruje, że warto byłoby się bliżej poznać i prosi o wysłanie fotki. Czeskie kamaszki, to ten, co siedział w górach na motorze, nie pisze nic, za to wysyła kartkę - różowa świnka przesyła mi moc całusów. Pod spodem dopisek: "A może coś więcej?". "A może" - myślę sobie i piszę krótkiego maila z całkiem nieprawdziwą informacją, że świnka jest urocza. Wstaję od komputera koło jedenastej wieczorem. Bolą mnie plecy, pieką oczy. Ale bilans dnia mam niezły. Wysłałam i odebrałam po kilkanaście maili. Nigdy dotąd nie prowadziłam tak ożywionej korespondencji. Mylą mi się nicki panów - za każdym razem, kiedy dostanę wiadomość, muszę sprawdzać, kto to właściwie jest i co ja mu już wcześniej napisałam. Pierwszy raz w życiu miałam poczucie, że jeśli tylko zechcę, mogę w najbliższy weekend zaplanować sobie randkę za randką. Czuję się królową życia. Piątek rano. Wstaję i od razu biegnę włączyć komputer. Moja skrzynka mailowa puchnie. Wiadomość za wiadomością. Dostaję numery telefonów z prośbą o natychmiastowe spotkanie. Wiedziałam, że moje zdjęcia chwycą! Wysłałam najlepsze, jakie miałam. Profesjonalny makijaż, fotograf, odpowiednie oświetlenie. "Jesteś uroczą dziennikarką" - to I want You (resztki poczucia przyzwoitości kazały mi przyznać się do wykonywanej profesji). "Całkiem atrakcyjna z Ciebie kobietka!" - pisze jakiś rozwodnik z dzieckiem, nie pamiętam już który. Czeskie kamaszki przysłał w rewanżu dwa dodatkowe swoje zdjęcia. Muszę przyznać, że jest całkiem, całkiem! Ma ciepłe, fajne spojrzenie. "Wiemy już, jak wyglądamy, no to zaczynamy" - pisze do mnie. Rany, umawiam się na randkę! Użytkownik, który ma w nicku Fly2, uściśla datę naszej wspólnej kawy: "Dzisiaj o 14 czy sobota o 21? Jak ci pasuje? A może ty wolisz uprawiać beletrystykę internetową?" - pyta zirytowany, kiedy nie mogę się zdecydować na żaden z tych terminów. Rośnie w moich oczach. Beletrystyka. Takie ładne słowo!

Moi wirtualni partnerzy sprawiają wrażenie, jakby nie odchodzili od komputera. Niemal zawsze są on-line. Czeskie kamaszki - kolejne odsłony. Jego pasją jest motoryzacja. Pomiędzy maile wrzuca kolejne kartki. Chmurka, na niej amorek celuje z łuku. Na dole napis: "Wielu ludzi czuje do siebie miłość". Potem obrazek się zmienia. Amorek na chmurce celuje już z armaty. "Wielu ludzi czuje do siebie miłość, ale między nami jest coś wyjątkowego". Odpowiadam podobną kartką. Rany, on ma prawie czterdziestkę, ja - 37 lat. Skąd u dojrzałych w końcu ludzi nagle takie zdziecinnienie?
Czy my się skądś znamy? I want You w kilku długich mailach opisuje mi, co robił poprzedniego dnia. Nieopatrznie podaje nazwę firmy, w której jest zatrudniony... Jestem w szoku! Pracujemy w tym samym budynku! Wyrwałam mężczyznę, którego prawdopodobnie spotykam codziennie w korytarzu! Umawiamy się na spotkanie w stołówce pracowniczej. Oczyma wyobraźni widzę dobrze zbudowanego mężczyznę. Trochę szalonego, trochę powściągliwego... Biegnę na moją pierwszą internetową randkę podekscytowana. Samo południe. Stołówka obok mojej redakcji. Tuż przed wyjściem przeglądam jeszcze raz w internecie jego stronę. 186 cm wzrostu. Miedziane włosy, sportowy styl. W mojej wyobraźni I want You urósł już do niebotycznych rozmiarów. Obdarzyłam go wszystkim, co lubię. Inteligencją, podobnymi zainteresowaniami. Chociaż do barku w budynku naszej firmy mam kilkadziesiąt metrów, po drodze odbieram od niego ze trzy telefony. Wiszę na komórce, wchodząc do sali. Właśnie tłumaczę, że mam na sobie zieloną, skórzaną kurtkę, kiedy nagle... Zamieram. Przy drugim końcu baru stoi mężczyzna, który też trzyma przy uchu telefon. Więc to on? Przyklejam sobie sztuczny uśmiech. I idę... Mam wrażenie, że ten człowiek z internetu, na zdjęciu w ciemnych okularach, i ten w restauracji to dwie kompletnie różne osoby. Tamten miał na sobie czarny podkoszulek. Ten - garnitur w paski. Tamten miał 186 cm wzrostu, ten na oko nie ma nawet 170. Włosy może i miedziane, ale mało. Siadamy przy stoliku. Coś zamawiamy. W końcu trzeba wypić, co się nawarzyło. O 12.15 wiem już, że wcale nie jest kawalerem, jak napisał na swojej stronie. Miał kiedyś żonę. O 12.30 wiem, że ma nastoletniego syna, o którym nie wspomniał. O 12.40 - że koresponduje zazwyczaj z pięcioma dziewczynami, żeby mieć zastępstwo, gdy z którąś nie wyjdzie. O 12.45 wiem, że w zasadzie nie wyszło z żadną. O 12.50 herbaty wypite. Każde z nas idzie w swoją stronę.
No cóż. Wieczorem przeglądam wiadomości w mojej skrzynce mailowej. Jest kolejny, nowy termin kawy od "Bertolucciego". Jest mail od Czeskich kamaszek. Kilka jakichś wiadomości od nowych, jeszcze mi nieznanych użytkowników portalu. Wystukuję coś tam na klawiaturze. Klikam. Wysłane. W sobotę rano "wywala" mi internet. Poważna awaria. Będzie z powrotem za tydzień. Za tydzień, to ja już będę dla wszystkich moich adoratorów nickiem kompletnie zapomnianym.

Tekst: Katarzyna Jabłonowska
Artykuł umieszczono dzięki uprzejmości www.olivia.redakcja.pl



Strona: 1

<- Wstecz Do góry